# Prezentacja

O dochodowych rozmowach w windzie

Oszacować efektywność zamontowanej w dużym biurowcu windy można bardzo prosto. Wystarczy od kosztów jej montażu i eksploatacji odjąć koszty czasu pracy zaoszczędzonego przez osoby, które z niej korzystają zamiast chodzić na 8 piętro schodami. Ale czy wiesz, że to nie jest największa wartość windy w organizacji? Gdybyśmy nauczyli się wykorzystywać te 40 sekund, czyli tyle, ile zajmuje przejażdżka windą w górę lub w dół, na faktyczne załatwianie istotnych spraw, wszyscy bylibyśmy bogaci, a kraj – mlekiem i miodem płynący. Jednak nie jesteśmy, bo nie potrafimy mówić ani krótko, ani tym bardziej z sensem.

Zwykle zaczyna się tak. Potencjalny klient, szef lub inna osoba, na kontakcie z którą nam bardzo zależy, rzuca w windzie pospieszne: „Nie będzie mnie na spotkaniu. Proszę powiedzieć mi w dwóch słowach, o co chodzi.”. Albo na korytarzu, zaczepia nas i mówi: „Dobrze, że pana widzę, chciał pan się mnie o coś zapytać, prawda?” I co wtedy zwykle robimy? Głupiejemy, przeszukujemy foldery w głowie i zaczynamy wstęp do wstępu. „A no tak, chciałem. Mam przygotowaną bardzo interesującą prezentację na ten temat. Jeśli znalazłby pan chwilę…” Twoja chwila właśnie minęła. Czas przełożonego dla ciebie już się skończył. Drugiej szansy może nie być. Zmarnowałeś trzy zdania. Twój plan na elevator pitch legł w gruzach.

Mówmy po coś, nie o czymś

Podstawowym problemem większości z nas jest to, że mówimy o czymś, a nie po coś. Mówimy o czymś, nie zastanawiając się CO o tym chcemy powiedzieć. Mówiąc do kogoś, skupiamy się na procesie zamiast na jego efekcie i kompletnie zapominamy, by prezentując coś, brać pod uwagę, co tak naprawdę naszych słuchaczy interesuje. A wierzcie mi – większość poruszanych przez Was tematów ich nie interesuje. Co więcej, zwykle nie jesteśmy przygotowani do wystąpień, sami do końca nie wierzymy w to, co mówimy, bo nie mamy poukładanych wniosków. Gwoździem do trumny nich będzie fakt, że ponad wszystko kochamy słuchać własnego głosu. Czym to skutkuje? Przedłużającymi się w nieskończoność spotkaniami, które do niczego nie prowadzą, prezentacjami, które mają po pięćdziesiąt slajdów, ale żaden nie podaje konkretów, i wreszcie zmarnowanymi szansami na ugranie czegoś ważnego, gdy ktoś ważny jechał z nami w windzie.

Co zatem zrobić, gdy następnym razem będziesz miał kilkadziesiąt sekund na powiedzenie czegoś, nad czym pracowałeś dwa miesiące? Usystematyzować argumenty (argumenty, a nie opowieści na temat, jak do nich doszedłeś i dlaczego się z tym zgadzasz – snując je tracisz wiarygodność) i mieć w głowie strukturę wypowiedzi. Jedno musi wynikać z drugiego, a na końcu ma czekać gar złota – czyli to, co osoba, którą próbujesz przekonać, będzie z tego mieć. Trudne? Tak i to bardzo! Jednak do wyćwiczenia.