# Spotkania, Zespół

Jeszcze asertywność czy już chamstwo?

Mamy ogromny problem z asertywnością. I nie – nie chodzi o to, że nie umiemy mówić NIE. Przeciwnie, mówimy je coraz częściej. Bez myślenia o konsekwencjach, bez podawania powodów, bez brania pod uwagę drugiej strony. Dumni, bo przecież jesteśmy asertywni. Asertywność stała się modna, ale skutki tego trendu są dla organizacji opłakane.

Źle rozumiana asertywność

Przede wszystkim powinniśmy zastanowić się, czym jest asertywność. Od kilku lat dostrzegam, że pojęcie o tym mamy blade, lub – ujmując to innymi słowy – pojęcia nam się mylą. Z jednej strony istnieje bowiem filozofia bycia asertywnym, czyli nasze prawo do podejmowania własnych decyzji, ale z zastrzeżeniem granicy – są nią prawa innych osób, których nasza decyzja nie ma prawa naruszać. Filozofia ze wszech miar godna polecenia. Z drugiej zaś są zachowania asertywne, które wszelkiej maści coachowie i trenerzy sprowadzają często do mówienia NIE i bycia z tego dumnym (i robią na tej metodzie niezłe pieniądze). Zachowania, czyli mówiąc w skrócie – narzędzia. Tyle z nieformalnej wykładni prawa. A jak to jest w praktyce?

Wielu z nas próbuje być asertywnym bez względu na konsekwencje ani sytuację. Dostrzegam ten trend zwłaszcza wśród pokolenia Milennialsów, którzy zostali wychowani w przeświadczeniu, że wiele mogą, a niewiele muszą. I odmawiają na potęgę, bo tak jest modnie. Stąd biorą się potem argumenty w stylu „NIE, BO NIE” (o tym, ile złego to słowo może zrobić w komunikacji organizacji, pisałem już w poprzednim artykule.

Gdy zapominamy, że bycie asertywnym to nie to samo, co zachowanie asertywne, otrzymujemy połączenie chamstwa z egocentryzmem. I nie piszę tego po to, by jako człowiek z innego pokolenia, ponarzekać na współczesną młodzież. Piszę z czysto biznesowego punktu widzenia.

Asertywni myślą

Modna asertywność wprowadzona do organizacji za pośrednictwem nie mniej modnych szkoleń prowadzi do absurdów. Przykłady? Proszę bardzo:

Szef: Zostań dziś dłużej, proszę.
Pracownik: Nie. (Przecież nie musi się tłumaczyć).
Współpracownik: Możesz mi pomóc przy tym projekcie?
Pracownik: Nie. To nie moja działka. (Tu już poszedł na ustępstwa i się nawet wytłumaczył…).

I już człowiek ma przechlapane, zyskuje złą sławę, rozwalił relacje, demonstrując niekulturalną postawę, choć w jego rozumieniu – asertywną. Jeśli dodatkowo trafił na środowisko, w którym wzajemna pomoc jest standardem, jego zachowanie zyskuje potencjał konfliktu.

Co zrobić? Po pierwsze rozważyć, czy asertywność (a bardziej precyzyjnie zachowanie asertywne) za wszelką cenę się opłaca. A potem albo odmówić grzeczniej, np. wyjaśnić, że nie zostanie, niestety, bo ma długo wyczekiwaną wizytę u lekarza lub przekazać kontakt do kogoś, kto jest w danej sytuacji w stanie pomóc. Można też jednak zostać w pracy lub udzielić pomocy.

Zapominamy, że asertywność to przede wszystkim prawo wyboru. A to oznacza, że naszym asertywnym prawem jest również wybranie zachowania nieasertywnego!

Inaczej dochodzi do sytuacji, kiedy w imię źle pojętego bycia asertywnym strzelamy sobie w kolano, narażając relacje, bądź niszcząc swój wizerunek. Zaraz! Asertywność ma nam pomóc, dać możliwość bycia sobą, ochronić przed wejściem nam przez innych na głowę, a nie nas niszczyć.

Nim powiesz NIE lub TAK, włącz myślenie. Weź pod uwagę innych, ale paradoksalnie weź pod uwagę również siebie i swoje interesy. Tyle że w perspektywie dłuższej niż najbliższe 30 sekund.